Antypatyczny dziad

kategoria: Poznaję świat autor:

Kłamstwem byłoby twierdzenie, że lubimy wszystkich staruszków. Nie mówię oczywiście o własnych dziadkach, choć zasada jest tu taka sama. Myślę raczej o tych leciwych, których spotykamy przypadkiem…

Tylko, że biorąc pod uwagę stopień irytacji jaki w nas wzbudzają, to i przypadku pewnym być nie można… Po prostu wyszukują nas z tłumu, obmyślając sposób w jaki chcieliby być dla nas irytujący i z zegarmistrzowską precyzją go wdrażają. Tak poznałem Szuracza. 
W wyniku różnych zbiegów okoliczności znalazłem się w szpitalu. Jako, że bezczynność nie jest moją mocną stroną, kiedy tylko odzyskałem trochę sił postanowiłem zacząć pisać. Powinienem napomknąć, że to tu powstał pomysł na bloga.
W tym miejscu zaczynają się schody. Szpitale ustalając listę pensjonariuszy zawsze kierują się pewnym, tylko sobie znanym, kluczem. Nigdy ci go nie zdradzą, bo jest to pilniej strzeżone, niż szafka pełna morfiny z kluczykiem w drzwiczkach w pokoju pielęgniarskim, ale każdy wie, że istnieje.
Otóż, dobiera się do pokoju ludzi możliwie odległych od siebie pod względem schorzenia, jakie ich tu przywiodło, by każdy pacjent mógł się edukować z każdej możliwiej formy badania, leczenia, podtyłkowej obsługi czy nakłuwania o różnych porach dnia i nocy. Nie mówiąc już o tym, co chcieliby oglądać w tv, o której gasić światło, czy jakie bzdury omawiać z nudów. Jednym słowem tworzy się kolektyw, który podnosi ciśnienie bardziej niż mała czarna.
Są jeszcze specjalni gracze. Jest ich wielu, bo i nie każdy reaguje irytacją na ten sam bodziec. Panoszą się po całym oddziale obdarzając swym dobrodziejstwem jak największą liczbę podchorzałych, bezbronnych towarzyszy. Mi przypadł w udziale Szuracz. Dziad. Nie z tych fajnych, powolnych staruszków, na widok których człowiek mimowolnie się uśmiecha. Antypatyczny dziad.
Mi przypadł w udziale Szuracz.

Dzień pierwszy

Mój okaz wyposażony był w specjalny obuw – stare skórzane kapcie otrzymane w przydziale razem z mieszkaniem w bloku z wielkiej płyty, podkute chyba papierem ściernym. Wieczorami, kiedy ruch na korytarzu malał, a zblazowani współpacjenci wymęczeni całodziennym leżeniem w łóżkach znowu w nich spoczywali, gapiąc się ostatkiem sił na telewizyjną papkę, którą zapodał dzierżący tego dnia mistrz zmianowy, król tv, wychodziłem na korytarz, brałem zeszyt i pisałem.
Tu pojawia się pierwsze kłamstwo. Nie zdecydowałem jeszcze, czy dam kolejne, ale faktycznie chciałem pisać. Bezskutecznie. Mój dobry druh Szuracz miał, jak się okazało, równie wielką potrzebę spędzać tego czasu poza swoją salą. Wymyślił sobie ciekawe zajęcie – niespieszny, monotonny chód od jednego do drugiego końca korytarza nie podnosząc stóp ani o centymetr. Przypominało to szpachlowanie ścian przez anemika, któremu nie zależy czy skończy w tym, czy w następnym tygodniu.
Ilekroć zbierałem myśl, szlifowanie podłogi przebiegało tuż przed moim nosem. Celowo piszę o nosie, bo dziad opanował jeszcze inną umiejętność – pośmierdywał sobie w okrutny, kwaśny sposób. Czym oni biedaka szprycują? Pomyślałem. Niezbyt dyskretny bąk przy nawracaniu rozwiał moje medyczne uzasadnienia.

Przypominało to szpachlowanie ścian przez anemika…

Dzień drugi

Blisko 2 godziny trwają nasze zmagania. Dwie próby przesiadania się dalej, kiedy ampituda ruchu była mniejsza, spaliły na niczym, bo Szuracz momentalnie wydłuża sobie trasę. Kulturalnie zapytałem, dlaczego chodzi w tą i z powrotem i to akurat przede mną. Odpowiedział, że musi chodzić. Z błysku w oku i pierwszego zamienionego zdania zakończonego obrzydliwym półuśmiechem wiedziałem, że kolejnych zdań między nami nie będzie. I faktycznie nie było: ani między mną, a korytarzowym terrorystą, ani w moim dziewiczym, nienaruszonym zeszycie, ściskanym w spoconych z irytacji rękach. Czas iść spać, dziś nic z tego nie będzie.

Z błysku w oku i pierwszego zamienionego zdania zakończonego obrzydliwym półuśmiechem wiedziałem, że kolejnych zdań między nami nie będzie.

Dzień trzeci

Szuracz już na posterunku: kolejne kilka godzin zmagań z podśmierdziałym trolem. Taki wał! Usiadłem sobie w kuchni, obok uchylonego okna i sączę sobie herbatkę. Posłucham dźwięku przejeżdżających pod budynkiem samochodów i leciwej już lodówki pracującej pełną parą tuż przy moim ramieniu. Ukojenie dla moich uszu. Choć kroki… jakie tam kroki – przesuw kapci wieczornego terrorysty przecieka przez drzwi jak przez sito. Zbliża się i oddala z jakąś maniakalną częstotliwością. Co on te kroki, kurwa, liczy, jak na paradzie kompanii honorowej? I do tego ten dźwięk, idealny, miarowy, w tempo, w jednej irytującej tonacji. Nie ma kroku, by choć odrobinę podniósł nogę, uzyskując inne skrobnięcie sparciałego kapcia o lekko wytarty tysiącami chorych nóg gumolit. Jeszcze trochę i wydrąży sobie tor, jak narciarze biegowi. On musi chodzić – tak powiedział.
Lodówka i najtańszy zegar… kurwa, ktoś wlazł i wytrząsa jogurt przed wyżłopaniem go, jakby to były kastaniety. Bierz i wyjdź! Przegląda się w lustrze pijąc jogurt… Przechodzi facet w piżamie, obok obcego faceta w piżamie kulturalnie pijącego herbatę w odosobnieniu, zdala od jęczących współpacjentów gotowych opowiedzieć mu o wszystkich boleściach, idzie do lustra i patrzy na siebie popijając jogurt. Zaczynam tęsknić do Szuracza, on był bardziej przewidywalny, jak te kuchenne pomruki. I w tej chwili żałuję, że to pomyślałem. Dziadu zachciało się pić, jak każdemu maratończykowi, tylko że dziad zapomniał kubka. Wstawił już wodę, ale zanim wyszusuje do swojej bazy po zapas Sagi, woda ostygnie i koszmar zacznie się na nowo. Dość: teraz albo nigdy. Podniosłem lekko lewy pośladek ociężały pobytem w szpitalu na znak ucieczki, ale się powstrzymałem. Bo czy zaraz nie napatoczę się na niego na korytarzu, jak w poprzedniego dnia? Skoro musi łazić, to do skrobania kapciami dojdzie jeszcze chlupot niezdarnie noszonej herbaty. Zostaję. Przynajmniej dopóki nie skończę swojej…
Wstawił już wodę, ale zanim wyszusuje do swojej bazy po zapas Sagi, woda ostygnie i koszmar zacznie się na nowo.

Dzień czwarty

Nie było dnia czwartego. Drugie kłamstwo. To znaczy był, ale dziada nie ma. Wcześniej tego dnia wyskoczyłem na chwilę w piżamie do kiosku, zaopatrując się w najtańsze słuchawki i z takiejż samej półki dezodorant, i wparowałem bojowo na teren. Na korytarzu krzątają się ostatni myjący się i Ci, udający się na siku z paczką fajek. Niespiesznym krokiem idę naprzód, skanuję dostępne krzesła, badam poziom oświetlenia w miejscach sprzyjających, ale gdzieś błądzę wzrokiem na boki szukając swego oponenta. Szuracza nie widać, przynajmniej na razie. Zaraz weźmie mnie gdzieś z zaskoczenia i szlag trafi i plan, i mnie. Profilaktycznie przysiadam już z zeszytem, ale nadal w pełnej gotowości. Włączam muzykę na cały regulator, w prawej ręce długopis, w lewej dezodorant i piszę. Idzie mi nieźle, zdania składają się nader zgrabnie, jest w tym jakiś sens. O 2 w nocy pielęgniarka mówi, że gasimy na korytarzu światło. Patrzę to na nią, to na ubazgraną tuszem rękę, rozprostowuję ścierpnięty kręgosłup i z uśmiechem na twarzy kładę się spać. Był dzień czwarty. Trzecie kłamstwo. Dobranoc.

Ostatnie wpisy z Poznaję świat

Projekt Czysta Plaża

Nie planowałem tego, ale wylądowałem dzisiaj z workiem na śmieci w ręku i sprzątałem okolice Warty. Poszedłem sobie

Polowanie z drugiej ręki

Byłem ostatnio w lumpeksie, ciucholandzie, second handzie, czy jak się u Was mówi na sklep
Idź na Górę
Przejdź do paska narzędzi