Mój drewniany, prymitywny przyjaciel

kategoria: Poznaję świat autor:

Przy odrobinie wprawy jednym rzutem możesz strącić kiść bananów, upolować sowę i walnąć przeciwnika w łeb. Tak mi się przynajmniej wydawało w momencie podejmowania decyzji o zakupie bumerangu.

 Ta ekscytacja, rozumiecie? Pierwotny człowiek przed oczami, ewentualnie jakiś rdzenny z Ameryki Południowej lub Australii i naparza bumerangiem gdzie się da. I bumerang wykonując karkołomne akrobacje, wraca za każdym razem wprost do oczekującej na chwyt dłoni. Po czym wystrzeliwuje ponownie na nową, nieznaną sobie misję. Jej cel pozna dopiero po drodze: a to kokos do rozbicia, a to tygrys podszedł za blisko, a to trzeba ściąć pole kukurydzy.

Takie mam wyobrażenie o bumerangu i wierzę głęboko w to, że jak sam będę dzierżył go w dłoni, to cała zajebistość na mnie spłynie, te pierwotnie wyostrzone zmysły, ta gibkość, zwinność i ten dziki błysk w oku. Tak więc wertuję od kilku dni strony z bumerangami wpatrując się w różnej maści zakrzywione kawałki drewna, szukając swojego wojowniczego oręża. Pierwsze wrażenie niezbyt przyjemne – większość to tandeta: albo zabawkowe dziadostwo, albo pseudoetniczne dziwadła do powieszenia na ścianie. Jako, że szybko się nie poddaję i staram się przy każdym zakupie maksymalizować korzyści, po beznamiętnym „chuj, może być”, dokonuję wyboru. Sprawdzam opcję zwrotu, gdyby coś było nie tak, ale to w końcu bumerang, nie powinno być z tym problemu. Klik, koszyk, przelew i już jestem trochę bardziej etniczny. Przez chwilę przechodzi mnie wątpliwość czy to dobrze, że nie mając absolutnie żadnego doświadczenia w tej materii kupiłem bumerang z najtwardszego dostępnego drewna. Może zamiast tego, powinienem kupić jakiś treningowy, plastikowy, gumowy nawet, żeby przy pierwszej zabawie nie zrobić sobie krzywdy. Ale od razu poczułem się jak prawiczek szukający gumowej lali, żeby bezpiecznie wejść w temat. Gdzie tu przyjemność miotania kawałkiem plastiku z nadrukiem Hello Kitty? Gdzie ten dziki błysk w oku posyłając w powietrze obitego gąbką pokrakę? Pal licho zęby! Jestem wojownikiem, a to mnie do pewnego ryzyka zobowiązuje! Najwyżej kupię kask…
Klik, koszyk, przelew i już jestem trochę bardziej etniczny. Sprawdzam opcję zwrotu, gdyby coś było nie tak, ale to w końcu bumerang, nie powinno być z tym problemu.
Kurier podrzucił mi paczkę już na drugi dzień. Odtańczyłem taniec haka i rozpakowałem moją zawrotną przesyłkę. Jest! Mój drewniany, prymitywny przyjaciel, tyle na niego czekałem, a czekać na marginesie zazwyczaj nie znoszę. Muszę go wypróbować, więc idę na osiedlowe boisko. Szybko skalkulowałem, że skoro jest godzina dopołudniowa, to dzieciaki będą w szkole, staruszki na zakupach, a reszta kisi się w robocie, więc nikogo przypadkiem nie zabiję. Już po pierwszych kilku rzutach żałuję, że nałożyłem na siebie tak restrykcyjne założenie. Pomijam fakt, że bumerang potrafi w niewprawnej ręce lecieć na wprost, wywijać piruety bokiem, słowem latać w każdy inny sposób niż majestatycznym łukiem wracając do miotającego.
Każdy, ale to każdy pies dostaje małpiego rozumu na widok rzucanego drewnianego przedmiotu.
Wracając do moich założeń dotyczących nie ukatrupienia żadnej żywej istoty (dziś nie wypadł dzień polowania, tylko trening) szybko zostały podkopane. Zapomniałem o jeszcze jednej specyficznej grupie ludzi – psiarze. Oni, za sprawą swoich czworonogów z nieregulowalnym pęcherzem, są obecni w krajobrazie miejskim o dowolnej porze. Z nieznanych mi, jako psiemu laikowi, przyczyn, każdy, ale to każdy pies dostaje małpiego rozumu na widok rzucanego drewnianego przedmiotu. I tu jest pies pogrzebany, jak łatwo się domyśleć, każda moja bumerangowa próba kończy się w pysku coraz to nowego szczekacza. Mogłem dokupić wiatrówkę, albo dmuchawkę z zatrutymi strzałkami. Wymagałoby to nie lada koordynacji, ale uratowałbym bumerang przed kilkunastoma wgnieceniami po zębach i zapachem taniej karmy z Tesco. Tylko, że strzelałbym w dupsko nie psom, bo psy już po prostu takie są, ale ich podskakującym z radości właścicielom, unoszącym się z dumy na widok tego nie chcianego przeze mnie aportu. Najgorsze, że nie widzą w tym nic złego: ot ja rzucam sobie jakimś drewienkiem bez celu, a ich świetnie wyszkolony psiak zręcznie łapie je w powietrzu i przynosi go właścicielowi. Tylko to ja do cholery mam go łapać (jak już się nauczę poprawnie rzucać) i to ja jestem właścicielem owego drewienka. I tak już trwa to zmaganie od dwóch godzin, jestem zmęczony i poirytowany, wracam do domu ze spuszczoną głową, niczym aborygen po nieudanym polowaniu na kangura. Ale chwila, jestem przecież twardy, jestem wojownikiem, nie poddam się tak łatwo! Paczka z dmuchawką powinna na jutro dojść.
  • Czesław Kwiecień

    Przypomniałeś mi jak za dzieciaka szło się na jakąś łąkę i rzucało! Po pewnym czasie wracał za każdym razem. Muszę kupić młodemu na lato, zobaczymy, czy ojczulek coś jeszcze potrafi

Ostatnie wpisy z Poznaję świat

Projekt Czysta Plaża

Nie planowałem tego, ale wylądowałem dzisiaj z workiem na śmieci w ręku i sprzątałem okolice Warty. Poszedłem sobie

Polowanie z drugiej ręki

Byłem ostatnio w lumpeksie, ciucholandzie, second handzie, czy jak się u Was mówi na sklep
Idź na Górę
Przejdź do paska narzędzi