Nieoczekiwane pożytki z niewiedzy

kategoria: Trochę kultury autor:

Recenzja obsypanego nagrodami filmu Birdman, w reżyserii Alejandro González Iñárritu, nowej gwiazdy Hollywood. W roli głównej podstarzały Batman, Michael Keaton, który, można odnieść takie wrażenie, gra samego siebie.

Birdman to ciekawa rozprawa o sztuce, o procesie tworzenia i zmaganiach z ludźmi, które Cię nie rozumieją. Często twórcy, czy to malarze, czy aktorzy, czy muzycy, zachowują się w sposób, dla nas, dziwny, nietypowy. Potrafimy ich obśmiewać, opluwać, nie potrafimy ich zrozumieć. Artysta, który ma pewną wizję, a do jej zrealizowania potrzebuje grona współpracowników cierpi często katusze niezrozumienia i ignorancji. Tak dzieje się na przykład w pracy reżysera. Masz świetny tekst, dobierasz najlepszych ludzi, masz wizję jak to zrealizować, widzisz każdą ze scen wyraźnie, każdy detal masz w głowie, a ta banda imbecyli nie potrafi tego zagrać. Do tego musisz iść na mnóstwo ustępstw, czujesz naciski producenta i kwaśną minę księgowego. Masz już dość. Nic z tego nie wyjdzie. 

„Miliardy much żrą gówno! I co? To je uświęca?”

W takim stanie zastajemy głównego bohatera Riggana Thomsona, superbohatera z podciętym skrzydłem, gwiazdora popcornowego kina sprzed wielu lat. Riggan podejmuje desperacką próbę przypomnienia o sobie szerokiej publiczności – planuje ambitną sztukę teatralną. Znany do tej pory wyłącznie z roli opierzonego superbohatera ratującego miasto z opresji, nagle bierze się za łby z reżyserią, i to na deskach Broadwayu (tu było więcej info, gdzie to jest), i zagra w niej główną rolę. Cel ambitny, ale może się udać.

Ostry jak brzytwa dialog z córką sprowadza Riggana oraz wszystko w to co wierzy do parteru, jest ważnym punktem w jego drodze do bycia zerem. Przebłyski gwiazdorstwa podtrzymywane retrospektywną sławą powoli gasną, ostatnia szansa, by zaistnieć w tym środowisku przepada. czuje, że traci kontrolę nad swoim życiem. Nieistotne czy nietypowe zachowanie, słyszane głosy weźmiecie za efekt rozdwojenia jaźni u Riggana czy po prostu bujną wyobraźnię aktora, to sens jest jeden: coś poszło nie tak. Życie przestało się układać, zaczęły się schody, być może kryzys wieku średniego, albo wypalenie zawodowe. A może wszystko naraz? Riggan przeżywa kryzys osobowości, choć stara się z nim walczyć. Możliwości kontra ambicje, sława a zapomnienie, wola walki naprzeciw słabościom.

„Popularność to zdzirowana kuzynka prestiżu”

Wtedy na jego drodze staje Mike, zagrany genialnie przez Edwarda Nortona. Mike to znany, rozpoznawalny aktor, który przyciąga tłumy, każdy reżyser zabiega o takiego aktora. Mike jest świetnym specjalistą, potrafi zagrać wszystko i to bardzo przekonująco. Mike ma jeszcze jedną charakterystyczną cechę: jest totalnym dupkiem, którego nie obchodzi świat poza własnym tyłkiem. Lepiej czuje się w roli, niż we własnym życiu, bo tam potrafi być prawdziwy. Choć kontakt z nim jest pełen zgrzytów, on jedyny może być ocaleniem dla sztuki. Przynosi to wiele nieoczekiwanych zdarzeń.

Interesującą, i bardzo nietypową jak dla siebie, rolę zagrał Gruby Jezu z Kac Vegas, czyli Zach Galifianakis. W Birdmanie jest ucieleśnieniem spokoju i opanowania, spod nienagannie przyciętej rudej czupryny i bujnego zarostu bije ciepło i pełne wsparcie. Ciężko do tego na początku przywyknąć i nie zanucić sobie „Who Let the Dogs out?”.

„To Twoja specjalność: Mylisz miłość z podziwem”

Birdman jest do polecenia każdemu, kto nie musi mieć wszystkiego powiedziane wprost, kto lubi mieć możliwość zinterpretować fakt, a nie dostawać go na tacy. Jest dla tych, którzy podziwiają twórców podczas ich pracy, czy to rzemieślników, czy artystów. Także, dla tych, którzy cenią dobre aktorstwo i inteligentne dialogi. Ja osobie lubię i polecam.