Usłyszysz pieśń z morza

kategoria: Trochę kultury autor:

Podjąłem się recenzji pewnej animacji skierowanej do dzieci tylko z jednego powodu: traktuje dzieci poważnie, w rozsądny sposób przedstawia im dorosły, odpowiedzialny świat. To nie bajka, to film animowany: „Pieśń z morza” albo jak kto woli w cudownym, oficjalnym tłumaczeniu „Sekrety morza”.

Melodia piosenki śpiewanej przez matkę, będąca tłem całego filmu to znana przyśpiewka „Jo-Ho” znana choćby z filmu „Piraci z Karaibów: Na krańcu świata”. Z tą różnicą, że przygody obdartusów i pijusów, spod czarnej bandery, odbywa para dzieci, rodzeństwo osierocone wcześnie przez matkę. Są tu wróżki, czary, klątwy i magia, ale niech Was to nie zmyli – pod tym przyjaznym dla dzieci płaszczykiem kryją się prawdzie dorosłe problemy.

Odejdź, młody człowieku
w wodę i dzicz razem z wróżką,
ręka za rękę do świata
bardziej wypełnionego płaczem,
niż mógłbyś zrozumieć.
To film o miłości dziecka: dojrzałej i świadomej, nie infantylnej i oczywistej. Pcha ona naszych małych bohaterów przez nieznany świat pełen zagrożeń i niespodziewanych zdarzeń. I traktuje ich serio, dzieci nie mają czasu na „mazgajstwo” i tupanie nogą, trzeba działać, podejmować decyzje, iść dalej. Pokazuje trudy miłości między rodzeństwem i magię miłości matczynej. Nie sposób się nie uśmiechnąć z czułością i nie chcieć tych urwisów przytulić. Dopingujemy im, przeżywamy z nimi przygody i wypatrujemy też mimo woli matki…
To obraz symboliczny, pełen zadumy i nostalgii. Znajdziemy tu wiele nawiązań mitycznych, przypominających snute przez ludy północy opowieści. W końcu tłem akcji jest morze i sekrety, które kryje. Synonimem smutku i nadziei zarazem, jest tajemnicza Selkie, baśniowa bogini w ciele foki. Byłbym draniem gdybym powiedział choć kilka słów więcej, byłbym również głupcem, gdybym twierdził, że moja to jedyna droga interpretacji. „Pieśń od morza” można śledzić na swój własny sposób dosłownie lub alegorycznie, osobiście wolę tą drugą ścieżkę, gdyż pozostawia wiele ciekawych furtek.
Jest to coś, co rzuca się pierwsze w oczy i krzyczy: patrz i podziwiaj!
Nie sposób byłoby nie opowiedzieć o wizualnych aspektach filmu, bo jest to coś, co rzuca się pierwsze w oczy i krzyczy: patrz i podziwiaj! Graficzna strona animacji to majstersztyk: klasyczna technika animacji, umiejętnie łączone style plastyczne, bogata pastelowa kolorystyka i ciepła, zmieniająca się dynamicznie tekstura. A teraz po ludzku: wygląda jakbyś czytał ręcznie ilustrowaną baśń. Płynny ruch i dynamika otoczenia, tu nic nie stoi w miejscu, tu wszystko pływa. Widz ma cały czas wrażenie, że jest na statku – przyjemne kołysanie zmysłów, subtelne światło i cudowna melodia morza.
„Song of the Sea” to uczta dla oczu i uszu, nawet jeśli nie porwie Cię historia rodzeństwa wstawionego nagle w dorosłe buty, to zachwyci zmysły ferią barw, lekko folkowych tekstur i umiejętnie skomponowanych dźwięków.

Ostatnie wpisy z Trochę kultury

Śmierdzący dekoratorzy

Jakim trzeba być troglodytą, żeby iść do parku zachwycać się zielenią, robić dziesiątki foci
Idź na Górę
Przejdź do paska narzędzi